pozytywna klęska / positive disaster

[PL] Czy Wasz weekend zaczął się od klęski ciągnącej się przez cały piątek? Nie? To coś Wam opowiem.

[EN] Have your weekend started with a disaster dragging throughout the whole Friday? No? Well, let me tell you a story.

Ten wpis miał być o czym zupełnie innym, ale czuję potrzebę wygadania się, więc otóż historia piątkowej tragedii. Plan dnia był następujący: wyjść do pracy, robić swoje przez osiem godzin, pojechać na koncert Warrela Dane’a do Katowic, wrócić do domu do Krakowa, przygotować zdjęcia, powiedzieć rodzinie dobranoc i iść spać.

This post was supposed to be about something totally different, but I feel like talking about this now, so here goes the story of Friday’s tragedy. This was the plan for the day: go to work, do my job for eight hours, go to Warrel Dane’s gig in Katowice, get back home, prepare the photos, say goodnight to my family and go to sleep.

Zaczęło się od tego, że w samochodzie w drodze do pracy rano uświadomiłem sobie, że nie wziąłem okularów. W dzień nie ma problemu, ale powrót po ciemku przez osiemdziesiąt kilometrów nie byłby zbyt komfortowy. Trudno. Natomiast i bez okularów widziałem, że świeciła mi się lampka akumulatora. Stwierdziłem, że pewnie potrzebuje się rozruszać, bo mało jeżdżę i przeszedłem nad tym do porządku dziennego.

It all begin with me realising in the car on my way to work that I forgot my glasses. While it is not a big problem during the day, driving back at night for eighty kilometres would not be very comfortable. Tough. Even without the glasses though, I was able to see that the battery light lit. I thought that the car just needs to run some miles because I do not drive it that much and I got about my day again.

Co się działo w pracy to sprawy firmowe, więc opowiadał nie będę. Powiedzmy, że co miało się nie udać – to się nie udało. Długie osiem godzin. Dobrze, że moje koleżanki i koledzy poprawiają humor.

What went on at work are business affairs so I will not talk about it here. Let us just say that things that could get bad – went bad. Long eight hours. It is good that my colleagues make me smile.

Po pracy wsiadłem do samochodu i… przejechałem jakieś sto metrów zanim dioda akumulatora zaświeciła się ponownie. Po kolejnych stu metrach zaświeciła się dioda ABS i wspomagania. Zatrzymałem się na światłach przy Radiu Kraków i zdecydowałem, że wracam do domu. Zgasiłem na chwilę silnik. Przynajmniej myślałem, że na chwilę, bo C-Max odmówił współpracy i odpalić nie chciał. Przepchnąłem go przed kościół na Plac Axentowicza i zadzwoniłem do żony i po przyjaciela, żeby zaholować samochód bliżej domu. Pozdrawiam przy okazji imbecyla, który widząc, że pcham samochód zdecydował się zajechać mi drogę z naprzeciwka, żeby wyprzedzić inny samochód.

After work I got into the car and… drove about a hundred metres before the battery light acted up again. After another hundred metres ABS and power steering appeared. I stopped at the traffic lights near Radio Kraków and decided I was going back home. I stopped the engine for a moment. At least I thought it would be a moment because C-Max declined to cooperate and did not want to start. I pushed it outside the church at Plac Axentowicza and I called my wife and a friend to ask for help towing the car nearer home. I salute the imbecile who saw me pushing the car vis-a-vis and decided to block my way to overtake another vehicle.

Być może to bliskość kościoła, nie wiem, ale po pięciu minutach postoju odpalił; zdecydowałem więc, że spróbuję dojechać do domu. Udało mi się przejechać sześć kilometrów podczas których powtarzał się scenariusz z poprzedniego etapu podróży plus parę nowości. Zdecydowałem się, że nie będę wyłączał silnika, żeby nie utknąć na bus pasie na Opolskiej (w piątkowe godziny szczytu). Po kolei zaświecało się więc wszystko, co tylko mogło na desce rozdzielczej, aż całkiem się wyłączyła. Wyłączyły się też kierunkowskazy i światła awaryjne, więc przepraszam kierowców za mną, którzy myśleli pewnie, że pijany jedzie. Zaraz potem zgasł i silnik. Samochód dotoczył się do przystanku za kładką, gdzie rozbiłem tymczasowy obóz; ku “radości” kierowcy autobusu, który najwyraźniej uznał, że skoro stoję na awaryjnych z brzegu zatoczki, to pewnie z nudów i pewnie, żeby jemu zrobić na złość. Zapomniałbym dodać, że ani szyby, ani klimatyzacja przez ten czas nie działały, więc wycierałem strugi potu nawet z drzwi i pojemnika na kubek myśląc o Michaelu Douglasie w “Upadku”.

Maybe it was the proximity of the church, I don’t know, but after five minutes pause the engine started; I decided then to get home. I was able to make six kilometres during which the same scenario as until then developed – plus a few novelties. I decided to not turn the engine off so I would not get stuck on the bus lane on Opolska street (during ruch hour on Friday). And so everything that possibly could – it began to lit on the dashboard until it just collapsed altogether. What also collapsed were the turn signals and emergency lights, so I need to apologize to the drivers behind me who must have been thinking I was driving drunk. After a while the engine died on me as well. The car rolled on until the bus stop passed the footbridge where I pitched a temporary camp; vis-a-vis the “joy” of the bus driver who undoubtedly thought that if I had stopped on emergency lights right at the edge of the bus bay – it must be because I was bored and I wanted to annoy him. I have almost forgotten to mention that during all this time neither the windows nor the air conditioning worked, so I had to wipe streams of my sweat even from the doors and the cup holder while thinking about Michael Douglas in “Falling Down”.

Postawiłem trójkąt ostrzegawczy i czekałem na Piotrka z holem. W międzyczasie pstryknąłem parę zdjęć, bo co miałem do roboty. Po chwili stwierdziłem, że lepiej będzie jednak przepchnąć samochód na stację benzynową 150 metrów dalej, co też zrobiłem. Ten dystans dedykuję gościowi, który szedł chodnikiem obok mnie, zapewne dumając nad wielkim życiowym dylematem: w którą stronę odwrócić wzrok, żeby nie wyjść na chama, który nawet nie zaproponuje pomocy. Ale co tam. Lekka górka i przetoczyłem 1,4 tony pod stację. Betka. W tym momencie – żeby dodać tragizmu całej sytuacji – deska rozdzielcza pokazywała -60°C na zewnątrz…

I put out the warning triangle and waited for Piotrek with the tow. In the meantime I snapped some pictures because I had nothing better to do. After a while I decided that it would be better to move the car to the petrol station some one hundred fifty metres forward, which I did. This distance I dedicate to the bloke who walked by my side on the sidewalk probably while pondering oven a huge life dilemma: which way to avert the sight without being a dong who would not even propose to help. But oh well. A little slope up and I rolled the 1,4 tonnes to the station. Easy-peasy. At this point – to add more tragedy to the situation – the dashboard was showing -60°C outside…

Po kilkunastu minutach zjawił się Piotrek i zaholowaliśmy samochód blisko domu. Wielkie dzięki za pomoc! Dzięki chłopakom z Orlenu, że pozwolili zaparkować na noc! Jutro rano mechanik na pewno będzie miał dobre wiadomości…

After some time Piotrek appeared and we towed the car near home. Really big thanks for help! Also thanks to the guys at Orlen petrol station for letting me park the car for the night. I bet my mechanic will have some great news tomorrow morning…

Dlaczego w tytule wpisu jest zatem słowo “pozytywna”? Bo próbuję (z sukcesem) spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Nie byłem na koncercie – szkoda, ale przeżyję; już go widziałem na żywo i będzie jeszcze okazja. Mogłem za to zobaczyć przyjaciela, którego widzę zdecydowanie o wiele rzadziej, niż bym chciał. Mogłem wcześniej wrócić do domu do żony i córki. Co prawda Kamilla już spała, ale przebudziła się na chwilę, żeby przytulić do taty. Mogłem opowiedzieć to wszystko mojej ukochanej Ani i wysłuchać jej dnia, i mogliśmy powiedzieć sobie, że się kochamy. Poza tym, czekała na mnie moja ulubiona zupa. No i zrobiłem całkiem przyzwoite zdjęcie.

Why did I use the word “positive” in the title of this post then? Because I am trying (and succeeding) to see this whole situation from a different angle. I did not make it to the concert – it is a pity, but I will live; I saw live him once and there will be another chance. Instead I was able to see a friend who I see way too rarely that I would want. I was able to get home to my wife and daughter earlier. Although Kamilla was already sleeping but she woke up for a moment to hug her daddy. I was able to tell all this to my lovely Ania and listen to how her day went, and we could tell each other that we love each other. Also, my favourite soup was waiting for me. And well, I took quite a decent photo.

Nie taki zły dzień…

Not such a bad day after all…

9th-September-2016-Kraków

Be First to Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *